Do czego potrzebna jest wspólnota?

ks. Andrzej Siemieniewski


Homilia na 23 Niedzielę Zwykłą (rok A)
4 września 2005

DO CZEGO POTRZEBNA JEST WSPÓLNOTA?

Radość spotkania

Do wielkiej radości coniedzielnego spotkania z Panem Jezusem Bóg zechciał dodać także radość naszego wspólnego spotykania się ze sobą nawzajem. To jest dar, który Bóg dodaje do tego, co główne, najważniejsze i centralne: a jest to spotkanie z Nim, doświadczenie mocy Jego przebaczenia, Jego słowa, mocy Najświętszego Sakramentu.

Po co wspólnota? − odpowiedzi cząstkowe

W dzisiejszych czytaniach liturgii słowa Pan Bóg odpowiada na pytanie: do czego potrzebna jest taka wspólnota, w której ludzie regularnie widują się nie jako anonimowe osoby, ale jako ci, którzy się znają: są tak blisko, że się poznają, że zaczynają na siebie wpływać.

Odpowiedź cząstkowa brzmi: „Wspólnota jest mi potrzebna, bo dobrze się tu czuję, bo miło zobaczyć tę czy tamtą twarz”, „jest mi tu dobrze i przyjemnie”, „było wspaniale na rekolekcjach”.

To są odpowiedzi dobre, ale cząstkowe, ograniczone. Bóg chce w swoim słowie rozszerzyć te odpowiedzi tak, by stały się pełne.

Po co wspólnota? − odpowiedź pełna

Pełna odpowiedź brzmi: „Pan Bóg daje wspólnotę taką, gdzie ludzie się stykają i poznają, z jednego powodu — bo tu ci ludzie będą mogli wypełnić Prawo”. A wypełnianie Prawa polega na miłowaniu bliźniego: „Kto bowiem miłuje bliźniego, wypełnił Prawo” (Rz 13,8).

Po to więc Bóg daje wspólnotę, byśmy mogli wypełnić Prawo, czyli miłować bliźniego. Jednak, żeby miłować bliźniego, bliźni musi być blisko, musi być na wyciągnięcie ręki. Bliźniego nie da się bowiem miłować oglądając go tylko na ekranie telewizora. Owszem, można przeżywać wzruszenia, że gdzieś daleko jest powódź, utonęło kilka tysięcy ludzi, a pół miliona zostało bez dachu nad głową, ale to nie jest jeszcze miłość — to są tylko wzruszenia. Przejmujemy się i… po telewizyjnych wiadomościach oglądamy coś innego — na tym się skończyło.

To jeszcze nie jest miłość. To jest na razie tylko wzruszenie. Za wzruszeniem może pójść miłość, ale do tego muszę mieć bliźniego na wyciągnięcie ręki. Muszę go spotykać. Bóg daje wspólnotę po to, abyśmy mieli gdzie i jak miłować bliźniego. Potrzebne jest takie spotykanie się, żebyśmy się nawzajem poznali i to poznali po chrześcijańsku — to znaczy, żeby nasze życie podlegało ocenie. Słyszeliśmy w Ewangelii: „Gdy brat twój zgrzeszy , idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata” (Mt 18,15). Ludzie widzą, jak ja żyję — żyję dobrze albo źle — i reagują.

W tym, co Pan Jezus powiedział do swoich uczniów: „Gdy brat twój zgrzeszy , idź i upomnij go w cztery oczy”, najłatwiej ustawić się w pozycji tego, kto idzie i upomina. Ale zauważmy, że tu występują dwie osoby — występuje ten, który upomina i ten, kto jest upominany. We wspólnocie będziemy występować w obu rolach. Czasem trzeba pójść i wypowiedzieć upomnienie. Może wystarczy jedno słowo: „Opamiętaj się!” albo „Tak się nie robi!”

Czasem będziemy występować również w tej drugiej roli — to nam ktoś tak powie. I dopiero wtedy się okaże, czy powiemy: „Przestało mi być miło. Zamiast mnie chwalić, to mnie krytykują. To ja nie chcę takiej wspólnoty! Po co mi wspólnota, gdzie mnie krytykują!” Jednak, prawdę mówiąc, dopiero wtedy wspólnota zaczyna być potrzebna, jeśli nas krytykują. Może nawet rzadziej jest tak wprost, że ktoś mówi: „To Ty! To Ty to zrobiłeś!” Może częściej jest to przez samą atmosferę, styl życia, samo odczucie, że tak się nie robi. Dopiero wtedy, gdy czujemy się oceniani, osądzani i krytykowani, wspólnota spełnia swoją rolę — rolę ewangeliczną. Według Ewangelii tak właśnie ma być:

„Gdy brat twój zgrzeszy , idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik!” (Mt 18,15-17).

Miłość — sztuką służby

Angielski apologeta, C.S. Lewis, podaje następującą definicję wiary: „Wiara jest sztuką trzymania się tego, co nasz rozum kiedyś uznał, pomimo naszych zmiennych nastrojów”. Można to trochę zmienić i zdefiniować miłość: miłość bliźniego jest sztuką służby, pomimo naszych zmiennych nastrojów. Nastroje są zmienne, raz mi się chce, a raz mi się nie chce, raz mam przypływ entuzjazmu, a raz mam przypływ zniechęcenia; a miłość bliźniego — zmieniając to, co Lewis powiedział o wierze — jest sztuką służenia, pomimo naszych zmiennych nastrojów.

Jak wykonam wezwania tej trudnej sztuki, jeśli będę we wspólnocie obecny tylko przy dobrych nastrojach, a przy złych nie? „Dziś nie idę, bo nie mam nastroju. Dziś nie będzie mnie tam, bo nie czuję tego. Pójdę, jak będę czuć”. Jeśli mam taki plan na ten rok: „Jak będę miał nastrój, to przyjdę, a jak nie będę miał nastroju, to mnie tam nie będzie”, jeżeli z takim planem startuję, to wspólnota stanie się dla mnie bezużyteczna, a ja bezużyteczny dla wspólnoty z bardzo prostego powodu — bo nie będę uczył się służyć, nie będę uczył się miłości. Miłość bliźniego to służba pomimo naszych zmiennych nastrojów. Wykonam to tylko wtedy, jeśli będę tu zarówno przy nastrojach dobrych, jak i nastrojach złych.

***
Takie wezwanie Pan Bóg kieruje do nas dzisiaj w swoim słowie — kolejne pouczenie, jaki jest cel naszego gromadzenia się. „Kto miłuje bliźniego, wypełnił Prawo”, bo „miłość jest doskonałym wypełnieniem Prawa” (Rz 13,8.10), a miłość polega na służeniu pomimo naszych zmiennych nastrojów. Amen.