Czy gwiazdy zwiastują Nową Erę?

ks. Andrzej Siemieniewski

CZY GWIAZDY ZWIASTUJĄ NOWĄ ERĘ?

Po całych dziesięcioleciach zmagań z ateizmem i materializmem chrześcijanie przyzwyczaili się do traktowania niemalże wszelkich poglądów zaprzeczających ateizmowi materialistycznemu jako swoich sprzymierzeńców. Ten czas należy już jednak do przeszłości. Nadszedł etap inny. Jesteśmy świadkami konfrontacji chrześcijaństwa już nie tylko z ideami przeczącymi istnieniu Boga, ale również i z nowymi formami religijności. Zaskakujące jest, że jest to religijność niechrześcijańska.

Niezwykle trafnie ocenił tę sytuację Jean Vernette, delegat episkopatu francuskiego do spraw nowych form religijności gdy pisał, że wszyscy spodziewaliśmy się, że przy końcu XX w. przyjdzie czas człowieka o poglądach materialistycznych, czas ateizmu. Tymczasem przyszedł człowiek religijny — z tym tylko, że jego religijność jest niechrześcijańska[1].

Ruch New Age jest prawdziwym gąszczem idei i poglądów, i aby zorientować się w naturze tego nowego zjawiska duchowego spróbujmy umieścić go najpierw w perspektywie większej całości, którą nazwać można „nową religijnością”. „Nowa religijność” ma oznaczać coś odmiennego w stosunku do tradycyjnego chrześcijaństwa, co na naszych oczach pojawia się i rozprzestrzenia w krajach do tej pory tradycyjnie chrześcijańskich[2].

Pierwszy składnik tego nowego fenomenu to sekty. Do ich istnienia zdążyliśmy się już od pewnego czasu przyzwyczaić. Barwne stroje wyznawców Kriszny lub wizyty krążących po domach Świadków Jehowy to już stały element naszego życia. W tej grupie znajdują się formy religijności lepiej nam znane i w tym sensie bardziej dla nas zrozumiałe, że siatka ich pojęć teologicznych czy antropologicznych jest łatwiej dostępna naszemu zrozumieniu.

Wśród sekt na pierwszym miejscu należy wymienić sekty o korzeniach chrześcijańskich: znani nam dobrze od dziesięcioleci Świadkowie Jehowy, nieco nowsze ugrupowanie Mormonów, czy całkiem nowa na naszym terenie — sekta Moona. Jakkolwiek są to grupy zdecydowanie sprzeciwiające się całości nauki Kościoła katolickiego, to jednak zrozumienie ich idei jest stosunkowo łatwe, gdyż operują tymi samymi pojęciami o Bogu czy człowieku. Oczywiście, układają te pojęcia w całkiem inną całość, ale przynajmniej elementy składowe tej całości są nam dobrze znane.

Następną grupą są sekty niechrześcijańskie, które dzisiaj są również żywo obecne wśród nas. Do nich należą m.in. zwolennicy ruchu Hare Kriszna, entuzjaści Say Baby („cudotwórcy” hinduskiego), uczniowie Rajneesh.

Drugą częścią nowej religijności jest tzw. teologia sukcesu. Może ona mieć wiele z retoryki i zewnętrznych atrybutów chrześcijaństwa, ale gdy przyjrzeć się jej dokładniej, to spod tych pozorów wygląda zupełnie inne oblicze. Bardzo często polega po prostu na wykorzystywaniu powierzchownych elementów nauki chrześcijańskiej do zapewnienia ludziom komfortu psychicznego. Obietnice bezwarunkowego uzdrowienia dla wszystkich, sukcesów w pracy, powodzenia materialnego i nieustannego szczęścia — oto obietnice, którymi owa „teologia” przyciąga do siebie. Ten typ nowej religijności nie jest zorganizowany w sekty. Jest raczej zorganizowany, szczególnie w USA, wokół wielkich koncernów telewizyjnych czy radiowych. Najbardziej kuriozalne przypadki to na przykład programy telewizyjne, w których głosiciele teologii sukcesu zachęcają ludzi do „modlitwy” nad domowym sejfem. W czasie modlitwy w sejfie miałyby mnożyć się czeki i banknoty…

Niezależnie od tego, czy chodzi o sukces zdrowotny, społeczny, czy finansowy, zawsze polega to na usiłowaniu „zaprzęgnięcia” Pana Boga na swoje usługi. Bóg staje się sługą człowieka, na jego zawołanie. Gdy pojawia się życiowa potrzeba, wtedy wzywa się Boga — a On wypełni to zadanie, które człowiek Mu zlecił.

Trzecia sfera „nowej religijności” to ta właśnie, która nosi słynną już nazwę New Age. Ważne jest, by nie mieszać tej dziedziny z problematyką sekt i teologii sukcesu, gdyż jakkolwiek te trzy prądy pojawiły się ze szczególnym natężeniem w ostatnich czasach, to jednak różnią się od siebie zdecydowanie.

New Age to niebywały wprost konglomerat poglądów z najróżniejszych dziedzin. Można by bardzo ogólnie te dziedziny pogrupować w następujących kręgach: kosmologia (poglądy dotyczące świata natury), teologia (dotyczy istoty Boga), antropologia (mówi o człowieku) i — co ciekawe — astrologia.

Każdej z tych dziedzin warto się przyjrzeć bliżej. Oto na przykład kosmologia New Age, która głosi, że świat, cały kosmos, jest ożywionym bytem. Przy okazji antropologii można by bardzo długo mówić o wierzeniach w wędrówkę dusz albo w spirytyzm (w nowym zresztą wydaniu: istnieje wiele firm usługowych świadczących usługi spirytystyczne). Teologia New Age z kolei najlepiej świadczy, jak cały ten ruch przesiąknięty jest wierzeniami hinduizmu i buddyzmu.

Zatrzymajmy się jednak przy astrologii New Age. Rzecz jest o tyle ciekawa, że jeszcze kilkanaście lat temu mało komu przyszłoby na myśl, że chrześcijanin zmagający się z aktualnymi problemami rzeczywistości, będzie musiał w ogóle dotknąć tematu astrologii, tematu, który wydawał się należeć do wieków minionych, do starożytności lub średniowiecza. Tymczasem dziś chrześcijanin i w tej kwestii musi zająć stanowisko.

Astrologia jest ważną, a nawet niezbywalną częścią New Age. Wszyscy na pewno zetknęliśmy się z tajemniczymi znakami zodiaku Wodnika czy Ryb. Spróbujemy się przyjrzeć temu, jaką rolę pełni w całym systemie nauk New Age znak Wodnika, jaka jest jego symbolika przeciwstawienia znakowi Ryb, dlaczego wszystko to jest takie ważne w ruchu New Age. Spróbujmy zrozumieć, jak to się stało, że ludzie końca XX w. zajmują się czymś tak ezoterycznym jak astrologia — i to poważnie: wśród zwolenników ruchu New Age nawet „śmiertelnie” poważnie.

Sięgnijmy po przykłady wzięte z księgarni na rogu. Oto jeden z prekursorów ruchu New Age i uznawanych w nim autorytetów, znany pisarz, Hermann Hesse. Niedawno wydawnictwo „Wodnik” (ten szczegół też warty zauważenia) wydało jego książkę Podróż na Wschód[3]. Jako „Posłowie” do tej książki zamieszczono kilkanaście stron rozważań nad horoskopami jej Autora z odpowiednimi astrologicznymi rysunkami, jak również rozważania o horoskopie dotyczącym Jezusa Chrystusa! Następnie znajdujemy ich wzajemne porównania i wnioski astrologiczne, jakie z horoskopów Hermanna Hessego i Jezusa Chrystusa można wyciągnąć. Piszą to poważni skądinąd ludzie, tłumacze, komentatorzy dzieł filozoficznych. Astrologia naprawdę weszła w skład bagażu pojęciowego tych ludzi zajmujących się nią z największą powagą.

Drugi przykład: ci z nas, którzy mieli w ręku książkę Anthony de Mello pt. Przebudzenie[4], też mogli zauważyć, że na okładce książki znajduje się stylizowana figurka człowieka, który wylewa z dzbana wodę. Jest to stylizacja artystyczna przedstawiająca Wodnika, czyli jeden ze znaków zodiaku, symbol New Age.

Cóż to jest Zodiak? Kiedy patrzymy z Ziemi w stronę Słońca, widzimy je na tle gwiazd. W odległych stuleciach, przy dawniejszych poglądach astronomicznych, gdy nie wiedziano jeszcze, że gwiazdy są rozmieszczone w kosmosie i oddalone od siebie (i od Słońca) o miliony lat świetlnych, niebo sprawiało wrażenie niewzruszonego sklepienia, czyli tzw. „firmamentu”. Jakkolwiek Ziemia wykonuje swój dzienny obrót, to jednak danego dnia Słońce przez cały czas pozostaje na tle tych samych gwiazd. Gdy patrzymy z Ziemi, sprawia to wrażenie, jakby Słońce razem z gwiazdami przesuwało się ze wschodu na zachód. Po upływie kilku tygodni lub miesięcy nastąpi jednak zauważalna zmiana. Słońce będzie widziane na tle innych gwiazd. Owo iluzoryczne tło za Słońcem zmieni się. Starożytni astrologowie podzielili to tło na 12 części. Są one wyznaczone przez położenie Słońca mierzone od 21 dnia jednego miesiąca do 20 dnia następnego miesiąca. Tło na nieboskłonie, tworzone przez konstelacje gwiezdne, w których — gdy patrzymy z Ziemi — wydaje się pojawiać Słońce, nazywamy właśnie znakami zodiaku.

W starożytności ustalono dla potrzeb astrologów za punkt odniesienia dzień przesilenia wiosennego, tj. dzień 21 marca. Od tamtych czasów od niego zaczyna się liczenie wszystkich gwiezdnych przemian. Przesilenie wiosenne jest punktem odniesienia miary astrologicznej. Po roku, gdy Ziemia otoczy w swym astronomicznym biegu Słońce dokoła, Słońce znajdzie się w tym samym punkcie sklepienia niebieskiego, co na początku. 21 marca w naszych czasach Słońce zawsze „wraca” do znaku Ryb, co oznacza, że tego dnia pojawia się na niebie na tle znaku Ryb.

Rytm obiegania Słońca przez Ziemię nie jest jednak całkiem dokładny. Otóż po roku Słońce wraca do tego samego znaku zodiaku, ale z lekkim przesunięciem. Te przesunięcia kumulują się z roku na rok tak, że po upływie 2160 lat Słońce 21 marca zmieni znak zodiaku.

Wszystko to mogłoby wyglądać na zupełnie niepotrzebne dywagacje astrologiczne, gdyby nie to, że w 1937 r. pewien Francuz, Paul Le Cour wydał książkę pt. Era Wodnika (L'ère du Verseau)[5]. Prawdopodobnie jako jeden z pierwszych donosił o dokonaniu pewnej obserwacji: oto wydawało mu się, że zmiany cywilizacyjne dokonują dramatycznych przyśpieszeń w momencie, kiedy 21 marca Słońce zmienia znak zodiaku. Dokonał na tej podstawie pewnych spekulacji z kalendarzem w ręku. Przed naszą erą, w latach 4320-2160, Słońce znajdowało się w dniu 21 marca w znaku Byka. Paulowi Le Cour, mistrzowi ezoteryki, skojarzył się ten fakt z kultem byka, który był rozpowszechniony na Bliskim Wschodzie (Egipt, Asyria, Babilonia). Połączył więc fakt przebywania Słońca w znaku Byka z odpowiednim kultem religijnym.

Na tym jednak nie poprzestał. Otóż w latach 2160-0 p.n.e. Słońce w dniu przesilenia wiosennego znajdowało się w znaku Barana. Skojarzył to zatem z symbolem barana, używanym w wielu religiach (Egipt, Babilon; w religii mojżeszowej dostrzegł nawet związek z ofiarą Abrahama). W tym miejscu zaczyna się najbardziej interesujący nas moment, najbardziej przełomowy, który zaczyna dotykać nas bezpośrednio: dochodzimy do chrześcijaństwa.

Jak twierdził ten francuski astrolog, od początku naszej ery aż do czekającego nas dopiero roku 2160 Słońce 21 marca znajduje się w znaku Ryb. Skojarzył ten fakt z rybą, jako znakiem pierwszych chrześcijan i doszedł do wniosku, że dlatego właśnie nasza epoka jest astrologiczną epoką chrześcijaństwa. Z tego to powodu chrześcijaństwo święciło takie triumfy od narodzenia Chrystusa. Będzie się tak działo aż do roku 2160, ponieważ wskazują na to gwiazdy.

Ale epoka ta zmierza ku końcowi. Od roku 2160 — tu jest punkt kulminacyjny całej tej, dla nas trochę dziwacznej, astrologicznej teorii — Słońce w dniu przesilenia wiosennego wejdzie w nowy znak, w znak Wodnika. Z tego powodu właśnie tenże astrolog doszedł do wniosku, że chrześcijaństwo zbliża się już do swego kresu, już wyczerpało swoją energię, siły innowacyjne. Paul Le Cour wywodził, że czas już na zmianę astrologicznej epoki, na nową erę. Dlatego też tytuł jego dzieła brzmi: Era Wodnika.

Wśród wielu autorów piszących po nim utarło się nazywanie tej ery nie tylko „Erą Wodnika”, ale także „Nową Erą”. Zwykle używa się tego drugiego sformułowania, i to w brzmieniu angielskim: „New Age”. Nazwa ta jest bezpośrednim odniesieniem do książki Paula Le Cour z 1937 r. Era Wodnika. Stąd pochodzi nazwa New Age i stąd ta oszałamiająca kariera „Wodnika”, czyli (z łacińskiego) Aquariusa. Był on przedstawiany symbolicznie jako młodzieniec na nieboskłonie z dzbanem pełnym wody, którą rozlewa z wysokości na ziemię.

Czas Wodnika oznacza w tej (z gruntu antychrześcijańskiej!) teorii koniec czasu Ryb, a więc koniec chrześcijaństwa. Głosi się w niej, że już czas na zmianę religii. Tak jak po egipskiej religii byka przyszły nowe religie bliskowschodnie, w których królował baran, ten zaś ustąpił miejsca rybom, tak teraz miałby się zbliżać kres chrześcijaństwa i nadchodzić czas nowej religii, Ery Wodnika.

Jeżeli przyjrzymy się dokładniej wymienionym wyżej datom, to do roku 2160 jest jeszcze dość sporo czasu. Dlaczego więc tyle mowy o New Age i o końcu chrześcijaństwa już teraz, skoro dopiero za 170 lat Słońce zmieni znak zodiaku? Otóż, jak głosili następcy Paula Le Cour, czyli zwolennicy New Age, człowiek może przyspieszyć zmianę astrologicznych epok. Dokonać tego można przez zbiorowy wysiłek duchowy. Potrzebne jest zjednoczenie się, potrzebna jest wielka praca duchowa, a wówczas Era Wodnika nadejdzie szybciej i szybko nastąpi kres chrześcijaństwa.

Cały ten astrologiczny dyskurs, który może się wydawać trochę dziwny, jest jednak potrzebny. Wydaje się dziwny dla nas, ale nie dla setek tysięcy ludzi zafascynowanych nim! Dla wielu już dziś ten dyskurs astrologiczny jest czymś bliskim: rozpoznają się oni w takiej teorii dziejów, widzą w niej swe miejsce. Stąd właśnie wydawnictwa „Wodnika”, stąd liczne czasopisma i całe serie wydawnicze nawołują do wysiłku duchowego w celu przyspieszenia zmian epoki, wzywają do skończenia z chrześcijaństwem, które blokuje i hamuje nieuchronne wyroki gwiazd.

Czas otworzyć się — jak mówią — na nowe horyzonty, nową Erę Wodnika. Astrologiczna symbolika New Age, jeżeli się jej przyjrzeć dokładniej, jest ściśle antychrześcijańska. To nie jest symbolika, którą można by ustawić obok chrześcijaństwa, czy poza nim. Jest ona precyzyjnie przeciwna naszej wierze. Sama logika, struktura tej symboliki wskazuje, że chrześcijaństwo jest ujęte jako trzeci etap z czterech epok astrologicznych, i to etap, z którego już należy wychodzić. Jest to symbolika zdecydowanie przeciwna Ewangelii i chce wejść na miejsce chrześcijańskiego obrazowania i myślenia.

Na ile należy się tym nowym zjawiskiem niepokoić? Na ile New Age jest ruchem poważnie zagrażającym chrześcijaństwu? Na ile musimy się z nim liczyć? W 1937 r., kiedy Paul Le Cour napisał książkę Era Wodnika, poza tym jednym astrologiem i kilkoma towarzystwami teozoficznymi i antropozoficznymi mało kogo to interesowało. Natomiast dzisiaj jest to ruch na tyle silny, żeby wydawać co najmniej kilka czasopism w Polsce i patronować co najmniej kilku seriom wydawniczym. Jest to ruch na tyle atrakcyjny, by był reprezentowany w licznych księgarniach przez osobne, poświęcone mu stoiska. Skoro tak mocno wkroczył w kulturę światową (najsilniej w USA, w Kalifornii), wobec tego należy go potraktować jako poważne wyzwanie i poważną konfrontację, która będzie się w przyszłości jeszcze wzmagać.

Wróćmy na chwilę raz jeszcze do początkowej uwagi o spotkaniu z materializmem ateistycznym. Można odnieść wrażenie, że jesteśmy świetnie wyposażeni intelektualnie do walki z marksizmem. Do tego zostaliśmy przygotowani i na tym się znamy. Natomiast do konfrontacji ze zjawiskami nowymi, reprezentującymi wyzwania wcale nie materialistyczne, ale duchowe i religijne, jesteśmy słabiej przygotowani. Jeszcze chyba najlepiej wygląda nasze wyposażenie do spotkania z sektami chrześcijańskimi: w rozmowie, dyskusji, lekturze. Gdy chodzi o sekty niechrześcijańskie, sytuacja jest już gorsza: mylimy pojęcia, religie, wierzenia; niekiedy nawet nie rozumiemy, o czym do nas mówią.

Jeszcze gorzej jest w naszej konfrontacji z teologią sukcesu. Niedokładnie identyfikujemy takie zjawiska. Kiedy się pojawiają reprezentujące ją lektury, broszury, odczyty, wykłady, często nawet nie umiemy określić, że to właśnie jest pseudochrześcijańska teologia sukcesu. Często nam się wymyka element niezgodności z naszą wiarą: wszak tam też mówi się o Ewangelii i o Panu Jezusie.

Najgorzej chyba jednak wygląda nasza zdolność do konfrontacji z szeroko pojętym ruchem New Age. Astrologia i jej podobne ezoteryczne dywagacje pociągają tysiące ludzi.

Powróćmy jeszcze, dla podania przykładu, do książki Hermanna Hesse. Zacytujmy początkowe zdanie z dołączonego komentarza do tego dzieła, abyśmy zrozumieli powagę sytuacji. Oto ktoś, kto zajmuje się komentowaniem filozofii i propagowaniem literatury, tak oto zaczyna swój tekst:

„Hermann Hesse, jeden z największych pisarzy XX w., laureat literackiej nagrody Nobla, wybrał, na mocy prawa losu i reinkarnacji, jako czas swoich narodzin 2 lipca 1877 roku”[6].

Niektórzy twierdzą, że ruch New Age w Polsce jest problemem marginalnym, rozdmuchiwanym przez jego krytyków. Dzieje się tak dlatego, że patrząc na ten problem napotykamy na pewne trudności z powodu braku odpowiedniego narzędzia rozróżnienia. Gdybyśmy próbowali się w New Age dopatrywać tylko symptomów sekty, to wówczas rzeczywiście na przykład ruch Świadków Jehowy mógłby się nam wydać znacznie potężniejszy. Jednakże, o ile możemy stosunkowo łatwo określać liczbę członków sekty, to sprawa nie jest tak prosta z liczbą zwolenników New Age. Musimy zmienić narzędzie poznawcze, gdyż ten nowy ruch charakteryzuje się zupełnie innymi cechami niż sekta.

New Age ma zupełnie odmienną charakterystykę. Należą do niego osoby różnych religii i przekonań. Ocena więc, jaką siłę ma ruch, zależy od wybranych do badania kryteriów. Można więc szukać wpływów ideologii New Age na przykład na zawartość księgarni: jaki procent nowości zawiera te idee? To jest ważny znak, ponieważ księgarnie sprzedają to, co najlepiej „idzie”. Możemy też zrobić coś w rodzaju wywiadu środowiskowego wśród uczniów i określić, co bardziej wpływa na ich życie: horoskop czy fragment Biblii usłyszany w niedzielę w kościele. Może się okazać, że w niejednym przypadku mamy do czynienia, owszem, z człowiekiem religijnym, tyle tylko, że dająca mu nadzieję i energie życiowe religia nie jest już chrześcijańska.

Przypisy

[1] Por. J. Vernette, Les „nouveaux païens” et la mission, „Missi”, Nov 1982, s. 285-290.
[2] Por. P. Per Bjorn Halvorse, Considerations sur „New Age”, „Atheisme et dialogue”, Vatican 1989/2, s. 141n.
[3] Por. H. Hesse, Podróż na Wschód, Warszawa 1991.
[4] Por. A. de Mello, Przebudzenie, Poznań 1992.
[5] Por. P. Le Cour, L'ère du Verseau, Paris 1986 (nowe wydanie).
[6] H. Hesse, o.c.